sobota, 14 września 2013

Sweet Dreams of Baby Doll part 1



Obudziła się dzisiaj później niż zwykle. Wyłączała budzik już z pięć razy, ale on wciąż zaczynał dzwonić na nowo. Za oknem lało jak z cebra, a na dodatek było ciemno pomimo tego, że był poranek. Na pół przytomna wymacała ręką budzik i wyłączyła go po raz szósty, ale tym razem skutecznie.

Wyciągnęła się na łóżku, przetarła dłonią  oczy i wstała, z pewnością nie tak rześko jak pokazują w telewizji. Raz po raz ziewając i szorując puchatymi kapciami poszła do łazienki umyć zęby. Ze szczoteczką w buzi spojrzała w lustro wiszące nad zlewem. Odbijała się w nim zapuchnięta twarz z wielkimi sińcami pod oczami. Nie wyglądała znajomo. Przekręciła głowę, a postać po drugiej stronie lustra zrobiła tak samo. Patrzyła na nią tępym wzrokiem próbując zrozumieć czy to naprawdę jest ona sama. Nie sądziła, że można tak źle wyglądać, nawet jeżeli ledwo co widzisz z rana. Wypluła resztki pasty i dokładnie opłukała twarz zimną wodą. Od razu poczuła się lepiej. Spojrzała w lustro raz jeszcze. Na policzkach pojawiły się rumieńce, ale nadal przypominała królika. Pomyślała sobie wtedy czy naprawdę warto było siedzieć do tak późna zamiast iść spać. I chociaż znała odpowiedź, to jednak była na siebie zła za swoją głupotę.


Szorując nogami poszła do kuchni, po drodze nakładając szlafrok. Wszyscy w domu jeszcze spali. Nastawiła wodę w czajniku i podeszła do okna nakarmić kota, który już prosił ją o jedzenie. Pogłaskała go i patrzyła jak z apetytem je nie przejmując się swoją znaczącą nadwagą. Zastanawiała się jak z tak małego kociaka mógł wyrosnąć może nie tak duży, ale za to gruby kocur. Wolała żeby z nią nie stało się podobnie. Czajnik z gotującą się wodą zaczął gwizdać, więc zdjęła go z ognia i nalała do kubka wody i  usiadła przy stole. Do oczu przyłożyła sobie kostki lodu z nadzieją, że uda jej się pozbyć opuchnięcia. W głębi duszy obiecała sobie, że dzisiaj wieczorem zachowa się rozsądnie i pójdzie wcześnie spać, a nie będzie czekać aż zacznie świtać słońce. Wypiła gorącą wodą, parząc się przy tym i już trochę rozbudzona poszła do pokoju szybko się ubrać i uczesać. Kot jak pies podążał za nią i obserwował wszystkie jej ruchy. Nawet go nie zauważyła w tej porannej gonitwie z czasem. Znowu jej go brakowało, a nie chciała się kolejny raz spóźnić. Wziąwszy torebkę wyszła najciszej jak się dało z domu, aby nikogo nie obudzić. Zawsze po drodze mijała kiosk. Tym razem jednak przystanęła i nie mogła się ruszyć z miejsca gdy zobaczyła dzisiejszą gazetę na wystawie. Z niedowierzaniem patrzyła na główny artykuł znajdujący się na pierwszej stronie. Kupiła gazetę, drżącymi rękoma zapłaciła pani w kiosku. Stanęła i zaczęła czytać. Nie przejmowała się już, że znowu się spóźni. W gruncie rzeczy nic ją wtedy nie obchodziło. 'O mój Boże, to niemożliwe.' pomyślała czytając. A jednak, możliwe.



Siedziałam w szkole na matematyce i zasypiałam nad zeszytem. Powieki same opadały. Alicja, koleżanka z ławki raz po raz szturchała mnie łokciem abym nie usnęła. Nie przespałam kolejnej nocy z rzędu. Ilekroć zasypiałam męczyły mnie koszmary i budziłam się przerażona i zlana potem, chociaż nic nie pamiętałam. Zastanawiałam się ile jeszcze litrów kawy jest w stanie przyjąć mój organizm, żeby nie ześwirować. O tyle dobrze, że już weekend, może w końcu się wyśpię i nie będą mi się śniły żadne głupoty. Tak, ale na razie muszę jakoś przetrwać do końca lekcji, a potem mam jeszcze zajęcia z rysunku. Zaczęłam się już nawet poważnie zastanawiać nad symulacją choroby, żeby na nie nie iść, ale doszłam w końcu do wniosku, że to głupie. W końcu nie mam ośmiu lat, tylko prawie dziesięć lat więcej. Spojrzałam na to co pisałam w zeszycie. Rzędy jakiś wzorów, literek i cyferek, które bezmyślnie spisywałam z tablicy. Co to ma być? Zaczęłam żałować, że nie przykładałam się bardziej do matematyki przez cały ten rok, to może coś bym rozumiała. Na szczęście w porę zadzwonił dzwonek, zanim pani zdążyłaby wziąć mnie do tablicy. Podała jeszcze nam tylko zadanie domowe i puściła na przerwę. Odetchnęłam z ulgą. Jeszcze tylko język polski i chemia. No, albo aż tyle. Na chemii nie ma szans na nicnierobienie, bo nie dość, że siedzę w pierwszej ławce, to nauczycielka jest bardzo wymagająca. Zeszłam głównymi schodami na parter do sklepiku kupić kawę. Jakoś będzie trzeba sobie pomóc. Na schodach dogoniła mnie Julia, która również szła do szkolnego bufetu, zapewne po to samo co ja. Życzyłam nam w duchu powodzenia, jeżeli kolejka będzie taka jak na
długiej przerwie. Dlaczego nie mogli zamontować w naszej szkole automatów z napojami? Przecież ponad połowa naszej szkoły zarywała wszystkie noce z rzędu bo się uczyła, albo imprezowała jak co poniektórzy i potrzebowaliśmy odgórnego wsparcia w postaci kofeiny.
Julia od razu gdy mnie dogoniła przeszła do rzeczy, bez jakiś zbytecznych "Cześć" lub "Jak leci?"
- Słuchaj, Ada z mojej klasy organizuje jutro osiemnastkę. Powiedziałam jej, że idziesz ze mną. Przekaż reszcie klasy na Facebooku, ok? Chce, aby przyszło jak najwięcej ludzi.
Spojrzałam na nią z tępym wyrazem twarzy. Chwilę mi zajęło przetworzenie w głowie tego co powiedziała, a kolejną zastanowienie się czy mam jakieś plany na jutrzejszy wieczór, oprócz porządnego wyspania się.
- A w którym klubie robi urodziny?
- W California Club, niedawno go otworzyli. Nie wiem czy go znasz?- pokręciłam głową- Ponoć jest świetny, z dużym parkietem i mają tam tani alkohol. Co ty na to?
-Wpadnij do mnie dwie godziny wcześniej to razem się zabierzemy, dobra?
-Nie ma sprawy, będę gdzieś o piątej. Ej, myślisz, że ta kolejka kiedyś się ruszy?
Wychyliłam się do przodu. Ciągnęła się jak taki długi i bardzo nienajedzony wąż.
-Cóż, oby. Mamy dziesięciominutową przerwę, może się uda.
-Oby, bo jak zaraz nie wypiję kawy to umrę!- To tak jak ja, pomyślałam. Tylko ona w przeciwieństwie do mnie pewnie pół nocy przegadała, a raczej przesmsowała ze swoim chłopakiem.
W końcu udało nam się dostać do kasy po upragnioną kawę. Następne dwie lekcje zleciały dosyć szybko. Nawet czułam się trochę lepiej po podwójnej dawce kofeiny. Szybko ubrałam płaszcz i wyszłam ze szkoły. Na dworze było chłodno, wiał silny wiatr. Zakryłam się szczelnie czarnym płaszczem, a na głowę nałożyłam wełnianą czapkę od kompletu z tubą na szyję i rękawiczkami w jasnoróżowym kolorze. Szybkim marszem udałam się na zajęcia z rysunku. Wciąż było mi przeraźliwie zimno. Przede mną szli znajomi z klasy i z czegoś, czego nie słyszałam, głośno się śmiali. Nie miałam ochoty na pogaduszki i udawanie, że jesteśmy zżytą, kochającą się klasą. W najbliższej uliczce skręciłam i poszłam na skróty. Na zajęciach z rysunku gdy przyszłam były tylko trzy osoby. Reszta miała dojść później, ale w końcu i tak była nas tylko czwórka. Miałam ochotę ziewnąć, gdy pani kazała nam po raz kolejny w tym miesiącu rysować martwą naturę. Nie mogłam doczekać się rysowania portretów, aktów, pójścia w plener, a nie szkicowania przez trzy godziny jakiegoś głupiego wazonu z kwiatkami. O tyle dobrze, że rysując miałam okazję trochę się ogrzać. Pracownia artystyczna znajdowała się na strychu w jednej z tych przedwojennych kamieniczek. Była duża i pusta, z wyjątkiem paru krzeseł, sztalug, jednego starego fotela i prowizorycznych stołów i szafek na ołówki, pastele i tusze, nie było żadnych innych mebli. W malutkim przyległym do pracowni pokoiku nasza nauczycielka urządziła równie małą kuchnię, abyśmy mogli zrobić sobie picie lub wziąć jakieś ciastka. W drugim pokoju była mała łazienka. Nasza nauczycielka była około czterdziestoletnią Włoszką, która od ponad piętnastu lat mieszkała w Polsce. Była bardzo serdeczna i równie ekscentryczna, w kolorowych spódnicach i chustach, wyglądała raczej jak cyganka. Do tego, gdy była podekscytowana zaczynała mówić po włosku, tak, że niczego nie można było zrozumieć. Nauczyłam się już nie zwracać na to uwagi i skupiać się na rysowaniu.
- O bambino!- krzyknęła mi nad uchem nauczycielka, tak że aż podskoczyłam wyrwana z tranu, robiąc ołówkiem kreskę na pół rysunku.- O jejku, co się stało? Och, taki śliczny rysunek zniszczony! Będziesz chyba musiała zacząć od nowa! Che peccato, a tyle się napracowałaś...Spojrzałam na nią ze złością. Żaden problem, pomyślałam, zmarnowałam tylko dwie godziny, ale następnym razem proszę, niech mnie pani ostrzega zanim zacznie krzyczeć mi do ucha stojąc za moimi plecami. Zdjęłam rysunek ze sztalugi i wzięłam z półki nowy arkusz papieru formatu A2 i przypięłam go do podkładki. Mój nieszczęsny rysunek stał w nogach sztalugi i wyglądał gorzej niż się spodziewałam. Wróciłam do domu po osiemnastej. Było już ciemno i jeszcze zimniej. Mama jeszcze nie wróciła z pracy zauważyła zdejmując kozaki. Babcia jak zwykle była w kuchni. Przywitałam się z nią, dałam jej buziaka i usiadłam przy stole z kubkiem gorącej herbaty, który zdążyła mi już przygotować. Opowiedziałam jej o tym co działo się w szkole, pokazałam rysunki, nie obyło się bez ochów i achów, następnie gdy wypiłam już herbatę i zdążyłam z dziesięć razy zapewnić, że nie jestem głodna bo jadłam na mieście, gdzie skłamałam, poszłam do swojego pokoju rozpakować rzeczy z torby i zabrać się za odrabianie lekcji. I tak zleciało mi do dwudziestej trzeciej. W między czasie mama wróciła już z pracy, to sobie trochę porozmawiałyśmy, a ja wypiłam jeszcze z trzy kubki zielonej herbaty. W końcu postanowiłam pójść spać. Zmęczenie wzięło nade mną górę. Umyłam się i położyłam do łóżka z nadzieją, że tej nocy nie będą męczyć mnie koszmary.

Biegłam przez ciemny las. Wiedziałam, że jestem obserwowana. Czułam na sobie przeszywające spojrzenia, ale nikogo nie widziałam. Pewnie siedzieli gdzieś ukryci za drzewami w cieniu, czekając aż zwolnię. Brakowało mi już sił, jednak wiedziałam, że muszę biec dalej. Dobiegłam do skrzyżowania dróg. Na chwilę przystanęłam. Droga na prawo była znacznie szersza niż ta druga i widać było, że jest uczęszczana. Może uda mi się dzięki niej wydostać z tego ciemnego lasu, pomyślałam. Zaczynało robić się coraz straszniej. W oddali usłyszałam pohukiwanie sowy. Goniąc mnie stworzenia były coraz bliżej, musiałam uciekać. Wybrałam lewą dróżkę w nadziei, że tak ich zgubię. Biegłam przed siebie ile sił w nogach. Po chwili zorientowałam się, że leśna dróżka zniknęła, a ja biegłam prosto w gęsty las. A co jeśli spotkam wygłodniałe wilki? Dostałam gęsiej skórki. Moim jedynym towarzyszem był strach, przyczajony gdzieś z tyłu mej głowy. Ale i on pewnie mnie opuści, gdy będzie niebezpieczniej. Ucieknie przed siebie, jak to strach. Wtedy zrozumiałam, że wcale nie jestem lepsza. Sama też uciekałam, nie wiedziałam nawet przed czym. a co jeśli przed swoim strachem. Zwolniłam i zaczęłam iść zamiast biec. W końcu gdzieś dojdę, wszystko gdzieś się kończy tak jak i zaczyna, nawet ten las. Gdzieś w oddali zawył wilk do pełni księżyca. Po chwili odpowiedziało mu wycie ze wszystkich stron. Przestraszyłam się, ale nie chciałam już dłużej uciekać. Nie ucieknie się przecież przed tym co jest nieuniknione. Ciemność otaczała mnie ze wszystkich stron, była coraz głębsza i głębsza, a ja w nią wchodziłam, coraz głębiej i głębiej. Wiedziałam, że jest już za późno aby zmienić zdanie i się cofnąć. Wybrałam tą drogę, to był mój wybór i to ja miałam ponieść jego konsekwencje. To moje wybory kształtują to kim jestem. Chciałam cofnąć się i wybrać tą drugą drogę. Ciekawa byłam co się za nią kryje, jednak wiedziałam, że tak jak w życiu jest to niemożliwe. Tamtej drogi już nie było. Nie obracałam się za siebie, bo wiedziałam co tam ujrzę. Pustkę. Była tylko droga przede mną i to ja decydowałam gdzie skręcę dalej. Gdzieś w mroku przede mną ujrzałam czyjąś postać. Był to młody chłopak. Nie mogłam dokładnie ocenić jak daleko znajduje się ode mnie. Szłam w jego kierunku, ale on wciąż stał w tym samym miejscu, na tyle blisko, że dokładnie widziałam jego oczy, ciemne i puste jak ta noc, bez jakiegokolwiek śladu istnienia, a zarazem był za daleko, by go dotknąć dłonią. Wyciągnęłam przed siebie rękę, ale od razu ją cofnęłam. Poczułam na niej przeraźliwie zimny podmuch. Chłopak spojrzał na mnie swoimi pięknymi czarnymi oczami. Miałam wrażenie, że znam go od zawsze, a zarazem był mi bardzo obcy i daleki. Mówił coś do mnie, ale nic z tego nie rozumiałam. Tembr jego głosu rozbrzmiewał w koło, odbity echem od pobliskich drzew. Gdy patrzył na mnie spostrzegłam po raz pierwszy w jego oczach lekki blask, jak gdyby tliło się jeszcze w nim jakieś istnienie. Nie mogłam tego pojąć, stałam i patrzyłam w te dwie iskierki odbijające się w jego źrenicach, a on cały czas mówił, nie ruszając przy tym ustami, cały czas z tym samym obojętnym wyrazem twarzy. W pewnym momencie jego oczy zajaśniały mocniej, po raz pierwszy pojęłam, że należą one do żywej istoty. Zauważyłam w nich życie, malowało się wyraźnie. Dwie iskierki stały się raptownie dwoma płomieniami. Wystraszyłam się gdy zauważyłam w nich coś jeszcze. Strach. Chłopak krzyknął coś do mnie czego nie zrozumiałam. Odwróciłam się raptownie, po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni. Krzyknęłam przeraźliwie gdy to zauważyłam, ale mój krzyk nie niósł się echem po całym lesie. Był to raczej martwy wrzask, który uwiązł mi w gardle i już nigdy miał go nie opuścić. Czy to już koniec, pomyślałam. Ostatnią rzeczą którą zobaczyłam była wszechogarniająca pustka. Chłopak rzucił się, odpychając mnie do tyłu. Chciał mnie uratować, widziałam jak został pochłonięty przez nicość. A mroczni towarzysze, którzy cały czas podążali za mną rzucili się na niego jak wygłodniałe bestie. Upadłam, ale nie na ziemię. Spadałam i spadałam, a wokół była ciemność i spadałabym tak bez końca, aż w końcu zanim coś poczułam raptownie się obudziłam. Cała byłam zlana potem. Serce tłukło mi w piersi jak oszalałe. Usiadłam na łóżku cała zdenerwowana. Sięgnęłam po komórkę leżącą na stoliku nocnym. Było wpół do piątej rano. Skuliłam się na łóżku. Jak to dobrze, że to był tylko sen, pomyślałam. A co jeżeli nie? szepnął mi głos z tyłu głowy. Zamarłam.
-To niemożliwe- szepnęłam. Możliwe, słyszałam głos w głowie. Mój własny głos. Co się ze mną dzieje? Czy oszalałam? Zrobiło mi się słabo, czułam że cała krew odpłynęła mi z twarzy. Zwinęłam się w kłębek na łóżku. Cała drżałam. Super, jeszcze tego brakuje, pomyślałam. Przecież to był tylko sen, nie działo się to naprawdę. Widać oglądam za dużo horrorów, jestem przemęczona i mam wybujałą wyobraźnię, pewnie dlatego śnią mi się tak realistyczne rzeczy. Ale przecież nic się nie stało, to był tylko koszmar. Jak byłam mała to tak się nie bałam, byłam odważniejsza, nawet wtedy gdy widziałam cienie schowane pod moim łóżkiem. I chociaż dobrze zdawałam sobie sprawę, że to jest tylko wytwór mojej wyobraźni i nic mi nie jest, to dlaczego wciąż czułam chłód na plecach. Zimny, przeszywający podmuch. Wciąż było coś co nie dawało mi spokoju. Chociaż wiedziałam że to nonsens, to jednak czułam że to nie był zwykły sen. To było coś więcej. Przekręciłam się na plecy. Czułam, że już nie usnę. Rozmyślałam o moim koszmarze. Czułam się jak co noc od tygodnia. Ten sam koszmar i to samo dziwne uczucie. Tylko wtedy nie pamiętałam swojego snu. Nagle dostałam oświecenia. To ten sam sen śni mi się od tygodnia, to przez niego nie mogę spać! Wiedziałam, że skądś znam tego chłopaka. Tylko dlaczego akurat teraz go pamiętam, a wcześniej nie... Na to pytanie nie umiałam sobie odpowiedzieć. To było dziwne. Na dodatek, gdy zamykałam oczy wciąż widziałam chłopaka z moich snów. Czułam gdzieś w podświadomości, że go kiedyś znałam. Usilnie próbowałam sobie przypomnieć gdzie mogłam go spotkać, ale na próżno. W końcu zasnęłam, pomimo tego, że byłam święcie przekonana, że to już nie nastąpi. Tym razem nic mi się już nie śniło. Gdy wstałam była dwunasta w południe. Mama mi powiedziała, że próbowała mnie obudzić, na próżno. Spałam jak kamień. Czułam to. Byłam wypoczęta i pełna energii. Z uśmiechem powitałam nowy pochmurny marcowy dzień. O śnie zdążyłam prawie zapomnieć, zresztą nie było o czym rozpamiętywać. Chłopiec z moich snów również wyblakł i wydawał się teraz tylko niejasnym wspomnieniem. Zapomniałam już nawet jego rysów twarzy i tego jak wyglądał. Pamiętałam tylko te dwa płomienie w jego czarnych oczach.
Gdy się umyłam poszłam do kuchni zjeść późne śniadanie. Burczało mi w brzuchu. Nawet nie sądziłam, że jestem aż tak głodna. Nastawiłam wodę na kawę dla mnie i dla mamy, która właśnie weszła do kuchni i dała mi zaległego porannego buziaka.
-Jak ci się spało kochanie?- zapytała.
-Kiepsko- odpowiedziałam grzejąc w mikrofalówce kaszę jaglaną na śniadanie.- Przez pół nocy śniły mi się koszmary.
Mama wyraźnie się zmartwiła.- A pamiętasz co? Pokręciłam głową. Cieszyłam się, że zapomniałam ten straszny sen.
-Mamuś, mogę pójść dzisiaj z Julią na urodziny jej koleżanki z klasy?- zapytałam zmieniając temat.
-Jasne-odpowiedziała mama znad kubka z kawą- A gdzie?
-W tym nowym klubie, California bodajże. Julia ma przyjść do mnie o piątej, to razem pójdziemy.
Mama pokiwała głową- Dobrze, ale nie wracaj za późno i wezwij taksówkę, jasne? pokiwałam z entuzjazmem głową - I zadzwoń do mnie jak będziesz wracać.
-Nie ma sprawy mamuś, jesteś kochana, dzięki.
W odpowiedzi uśmiechnęła się do mnie w ten sposób w jaki potrafią tylko mamy.

Julia przyszła o piątej tak jak obiecała. Od razu poszłyśmy do mnie do pokoju, aby się przyszykować.
- Łał! Ale masz super pokój!- zaczęła się zachwycać. Podziękowałam jej ale ona nie przestawała jaki to on duży, że ściany mają śliczny błękitny odcień, kwiatki na parapecie, a zwłaszcza orchidee są urocze, że pokój ma duszę, a sufitowa sztukateria to istny majstersztyk. Po dziesięciu minutach zmieniła temat na bardziej, a może mniej neutralny, czyli chłopców.
_ Czy ty wiesz, że mają tam być chłopcy z Akademii Morskiej? I cała masa jej znajomych spoza szkoły. Może poznamy kogoś fajnego.
Entuzjazm Julii nie znał granic. Delikatnie jej przypomniałam, że ma chłopaka, na co tylko machnęła ręką.
-Przecież nie jesteśmy małżeństwem, a ja mogę się zabawić- brzmiała jej odpowiedź.- Ale może znajdziemy kogoś dla ciebie.- spojrzałam tylko na nią wzrokiem mówiącym "czy ty dziewczyno właśnie zerwałaś się z choinki?" Nie zwróciła na to najmniejszej uwagi i w najlepsze opowiadała jakich to fajnych chłopców poznały jej koleżanki na takich imprezach. Nie słuchałam jej. Siedziałam na łóżku po turecku i rozczesywałam włosy. Było tego o wiele za dużo i za długo. Chciałam zrobić loki, ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Wiedziałam, że nie wytrzymają godziny nawet wtedy gdy potraktuję je całą butelką lakieru do włosów. Postanowiłam pójść w rozpuszczonych włosach. Na wszelki wypadek przejechałam je prostownicą, aby wszystkie były w stu procentach proste, chociaż o to nigdy nie musiałam się martwić. Nałożyłam czarną sukienkę w koronkę, ścinaną pod biustem i czarne rajstopy z zakolanówkami. Gdy się ubrałam pomogłam Juli zrobić kreskę na powiece. Dopiero wtedy przestała na chwilę gadać. Wystrojone i śliczne, jak to stwierdzono u mnie w domu, udałyśmy się na przyjęcie. Czułam się dosyć skromnie przy Julii, która na tę okazję nałożyła króciutką srebrną sukienkę i dwunastocentymetrowe szpilki. Ja zdecydowałam się na czarne baleriny. Bez obcasów i tak zbyt często lubiłam się przewracać. Na urodzinach, jak to w klubie, było bardzo głośno i jeszcze bardziej tłoczno. Niektórzy już nawet zdążyli się upić, inni tańczyli dziko na parkiecie. Przepchnęłyśmy się przez tłum do baru zamówić coś do picia. Skończyło się na dwóch sokach pomarańczowych, jako że nie jesteśmy jeszcze pełnoletnie. Usiadłyśmy z nimi przy stoliku. Niedługo później zjawili się znajomi Julii, którzy od razu gdy nas zobaczyli podeszli się przywitać. I tyle widziałam moją koleżankę. Powiedziała, że idzie z nimi na minutę, a wyszła na trochę dłużej. Pytała czy nie pójdę z nią, ale odmówiłam. Wiedziałam, że pewnie idą się napić. Skończyłam w samotności sok i chwilę jeszcze posiedziałam rozglądając się za jakąś znajomą twarzą. W końcu udało mi się dostrzec na parkiecie parę osób z mojej klasy. Podeszłam do nich. Tańczyli i nawet mnie nie zauważyli gdy się z nimi witałam. Wtedy ktoś w tyłu wpadł na mnie w tańcu, że o mało się nie przewróciłam. Próbowałam zejść z parkietu, ale cały czas przybywało coraz więcej osób, bo DJ puścił jakiś dobry kawałek. Trzy razy dostałam z łokcia i parę razy zostałam poproszona do tańca, ale grzecznie odmówiłam, aż w końcu udało mi się zejść z parkietu. Zauważyłam wtedy Julię machającą do mnie z tłumu. Stała z paroma przystojnymi chłopcami. szłam w jej kierunku, gdy raptownie ktoś mnie popchnął na tyle mocno, że wpadłam aż na jakiegoś chłopaka.
-Przepraszam najmocniej- powiedziałam ciszej niż zamierzałam. Pewnie nawet nie usłyszał.
-Nic się nie stało- odparł pomagając mi wstać. Głos miał sympatyczny, nie brzmiał na urażony. I o dziwo usłyszał co do niego mówię. Byłam pod wrażeniem. Zazwyczaj nikt mnie nie widzi ani nie słyszy, aż tu proszę.
Zauważyłam, gdy mi podał dłoń, że była ona silna ale miła w dotyku. Bez najmniejszego wysiłku pociągnął mnie w górę, że nie zauważyłam kiedy stałam już na nogach.
- A z tobą wszystko w porządku?- zapytał. Zadarłam do góry głowę, aby spojrzeć na jego twarz. Uśmiechał się, ale widziałam że się przejmuje. Gdy zobaczył moją twarz wydał się lekko zdziwiony, aż otworzył szeroko oczy. Szybko się jednak otrząsnął i znowu się uśmiechnął. Pokiwałam głową. Z jego wyrazu twarzy wywnioskowałam, że od razu mu ulżyło. Nie wiem, czemu tak bardzo się tym zmartwił.
- Jestem Jakub- przedstawił się nieznajomy.
-Laura- przywitałam się.
Chłopak był wysoki i bardzo przystojny, chociaż nie wyglądał jak model.
- Może chcesz zatańczyć?- zapytał.
-Dzięki- zarumieniłam się- Ale koleżanka na mnie czeka.- wskazałam na Julię, która nie wiem czemu podnosiła w moim kierunku kciuki w górę.
- Acha.- westchnął, jak mi się zdało smutno, ale szybko zmienił ton głosu na wesoły- Dobra, leć  do niej. - uśmiechnął się do mnie. Uśmiechnęłam się lekko również.- Może jeszcze raz na mnie wpadniesz, to wtedy się już nie wymigasz.- zażartował.
- Okey- pokiwałam przeciągle lekko kiwając głową. O co mu chodzi? zastanawiałam się. W duchu wzruszyłam ramionami. Pomachałam jemu i poszłam do Julii i jej kolegów. Od razu gdy do niej podeszłam zaczęła na mnie krzyczeć, czemu nie poderwałam tego chłopaka.
- Tylko na niego wpadłam- tłumaczyłam się.
-Tylko? Tylko?!- uniosła głos Julka. Dwóch chłopców stojących z nami zaczęło nie wiedzieć czemu chichotać.- Przecież z nim rozmawiałaś!- zdziwiłam się.
- I co z tego? -Julia załamała ręce. Chyba nigdy jej nie zrozumiem. No bo właściwie co miałam zrobić? Wpadłam tylko na tego chłopca. Wolałam się już nie odzywać, aby nie zdenerwować bardziej Julii. Chłopcy wciąż się śmiali. Miałam wrażenie, że właśnie ze mnie. Chyba nie jestem przewrażliwiona. Nie wiedziałam tylko co ja takiego zrobiłam. Julia wzięła mnie pod rękę i zaciągnęła mnie do baru.
-Dobra dziewczyno, bierzemy się do roboty.  Ej, mógłbyś kupić nam dwa duże piwa?- rzuciła do chłopaka stojącego przy barze podając mu banknot. Spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami. Podsunęła mi  szklankę. - Pij.- nakazała. Skrzywiłam się. Wzięłam łyk, ale o mało go nie wyplułam. Jakie to niesmaczne! Odsunęłam od siebie szklankę i spotkałam się z krzywym spojrzeniem ze strony Julii, które mówiło mi wyraźnie, że mam to wypić. Pokręciłam głową. Julia pociągnęła długi łyk piwa.  Spróbowałam jeszcze raz, ale wciąż mi nie smakowało. Stwierdziłam, że nie będę piła. Julia wypiła jeszcze jeden łyk piwa i zaczęła swoją pogadankę odnośnie mojego zachowania. Czułam się jak pięciolatka. Nie rozumiałam co zrobiłam nie tak. Okazało się jednak, że dużo. Po pierwsze powinnam zgodzić się zatańczyć z tym chłopcem ( najpierw kazała mi wszystko opowiedzieć i  zdenerwowała się na mnie jeszcze bardziej), porozmawiać z nim, wziąć numer telefonu, a potem może nawet umówić. Słuchałam jej mając wrażenie jakbym słuchała jakiejś wymyślonej historyjki. Przecież to nie miało sensu. Mogłam się zgodzić zatańczyć, skoro poprosił, ale żeby od razu się umawiać? Nawet go nie znałam. Wiedziałam tylko, że ma na imię Jakub.
- Tyle starczy. - odparła Julia pociągając łyk  mojego piwa. Swoje zdążyła już wypić.- Na dodatek był mega przystojny. Co ci szkodziło pójść z nim na randkę? Nie rozumiałam jej podejścia do życia. Nie umawiam się na randki z pierwszym lepszym nowo poznanym chłopcem. Był ładny, ale to jeszcze nie świadczy o człowieku. Skąd miałam wiedzieć, czy jest on dobrą, wartościową osobą.
- Z czego śmiali się twoi koledzy?- zapytałam się jak się okazało bardzo naiwnie.
- Nieważne. - odparła wymijająco Julia. Chyba miałam jednak rację. Nie chciała pewnie zrobić mi przykrości. Podeszli do nas koledzy Julii.
- Co laski, nagadałyście się?- zapytał się jeden z nich, wysoki, przystojny blondyn.
- A co, chcecie  nas wyciągnąć na parkiet?- zaszczebiotała Julia. Zsunęła się z krzesełka. Ledwo stała na nogach. Dopiero teraz zauważyłam, że wypiła o wiele za dużo. Chciałam jej pomóc, ale ona zdążyła się już złapać blondyna i kurczowo się go trzymać. Obcasy i alkohol jednak nie idą w parze.
-  A laleczka, to nie ma ochoty z nami zatańczyć?- zapytał z półuśmiechem drugi z nich, zielonooki brunet. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Tak, mówię o tobie- odpowiedział na moje niezadane pytanie.
-Jakoś nie przepadam tańczyć- odpowiedziałam cicho.
-Daj spokój Laura- namawiała mnie chwiejąca się na nogach Julia. Blondyn się zaśmiał.
- Sorry stary. Za słaba z ciebie liga dla tej księżniczki.- i wyszczerzył zęby w ironicznym uśmiechu. Źle się poczułam raptem w tym środowisku. Jeszcze bardziej nie na miejscu niż zwykle.
-Muszę już iść- powiedziałam zerkając na zegarek na komórce. Była już dwudziesta druga.- Przepraszam, bawcie się dobrze.- dodałam wstając z krzesła. Idąc do szatni po płaszcz pomachałam do nich, ale usłyszałam tylko za moimi plecami jak chłopcy jeden do drugiego się ze mnie śmiali.
- Jaka panienka z dobrego domu.
- Taa, mam nadzieję, że w domu nie nakrzyczą na nią, że włóczy się po klubach.
- I wraca tak późno...
- Pewnie chce, żeby mamusia poczytała jej na dobranoc.
-Cha cha cha!
- Przestańcie.- usłyszałam Julię, ale ona też się śmiała. Poczułam dziwny uścisk w żołądku. Wzięłam płaszcz z szatni i wyjęłam komórkę i zadzwoniłam po taksówkę. Stanęłam w kącie sali i wysłałam wiadomość mamie czekając na taksówkę. Gdy minęło dziesięć minut wyszłam na zewnątrz. Taksówka już stała na chodniku. Weszłam do niej i wróciłam do domu. Na klatce schodowej paliło się światło. Drzwi do mieszkania otworzyła mi mama, która na mnie czekała. Była zdziwiona czemu wróciłam tak wcześnie. Nawet nie było jeszcze dwudziestej trzeciej. Opowiedziałam jej wszystko. Przytuliła mnie gdy opowiadałam jej o kolegach Julii. Po policzkach pociekło mi wtedy parę łez. Nie wiedziałam, że tak bardzo przejęłam się tym co mówią.
- Ale o co im chodziło mamuś?- zapytałam się. Siedziałyśmy razem na kanapie.
- Nie wiem. To dwójka idiotów, nie przejmuj się nimi- przytuliła mnie jeszcze mocniej- Nie rozumieją, że ktoś może być inny niż reszta. Z zasadami i grzeczny.
- Ale czy naprawdę zachowuję się jak jakaś księżniczka?- nie wiedziałam co chciałabym usłyszeć.  Z jednej strony bycie księżniczką kojarzy się z czymś miłym, szlachetnym, o czym marzy każda mała dziewczynka, ale z drugiej strony nie chciałam być traktowana jak zarozumiała panienka.
- Nie, kochanie- odparła mama. - Nie zachowujesz się jak księżniczka, chociaż dla mnie ją jesteś. - uśmiechnęłam się-  Jesteś bardzo porządną i dobrą dziewczynką. Uwierz mi. A ci którzy tego nie widzą, to ich strata.- zaśmiałam się.  Jak dobrze, że ktoś mnie rozumie.
- Powiedz mi tylko kochanie, czemu nie chciałaś zatańczyć z tym chłopcem?
- Z tym kolegą Julii- zdziwiłam się.
- Nie, z tym na którego wpadłaś. Z tego co mówiłaś, był bardzo miły...
- Tak, wiem. Ale szłam do Julii. Widziała mnie i machała do mnie.
- Skoro widziała, to nic nie stało na przeszkodzie zatańczyć z nim, a potem do niej pójść.
- Może masz rację- dodałam po dłuższym namyśle- Ale ja go nawet nie znałam. Oprócz tego, że ma na imię Jakub, bo się przedstawił- dodałam.
- A jak chciałabyś inaczej poznać ludzi- zapytała mnie mama- Zawsze na początku znajomości nie znamy drugiej osoby. Dlatego rozmawiamy ze sobą i się umawiamy.
- Wiem mamuś- przerwałam, nie byłam już dzieckiem- Nie wiem czemu nie chciałam zatańczyć. Było mi głupio...
- Czego?- zdziwiła się mama.
- Nie wiem... Nie wiedziałam. Czułam się nieswojo. Nie rozmawiałam zwykle z chłopcami. W ogóle rzadko rozmawiałam z obcymi ludźmi. Ale żeby z kimś zatańczyć? To było ponad moje siły.
- A chociaż był przystojny?- zapytała się z ciekawością mama. Pokiwałam głową. Dała mi znak, abym opowiedziała.
- A więc był wysoki, dużo wyższy ode mnie, szczupły, ładnie zbudowany. Był zadbany, ale wyglądał jak chłopak, nie jak ci wszyscy teraz. - Nie był jednym z tych chłopców którzy więcej czasu spędzają rano w łazience przed lustrem niż nie jedna dziewczyna. Moja mama miała o nich takie samo zdanie jak ja.- Miał krótkie ciemne włosy i ładny, szczery, bardzo szczery uśmiech.
Mama wyglądała na zadowoloną, że poznałam tak fajnego chłopca. Szkoda pewnie, że nic o nim nie wiedziałam.
- A więcej szczegółów? Jaki był na twarzy? Miał ładne oczy?
Czasami moja mamusia zachowywała się jak moja koleżanka. Nie ukrywam, bardzo to lubiłam. Mogłam z nią porozmawiać o wszystkim. No, prawie o wszystkim, bo nie opowiadałam jej o moich snach. Jeszcze zmieniłaby zdanie na mój temat.
- Miał ładną twarz- zgodziłam się- Widać, że bardzo sympatyczną. Miał ciemną skórę.- mama uniosła brwi.
-Podobają ci się Latynosi.
- Tak, ale on miał ciemną skórę- zaznaczyłam słowo "ciemną"- Był czarny.
Mama trochę się zdziwiła. Nie miała nic do ciemnoskórych, ale  u nas w mieście wciąż ich się spotykało niewielu. Uśmiechnęła się.
- To fajnie.  A jaki kolor miał oczu. Pewnie ciemne?
Według mamy oczy i uśmiech najwięcej mówiły o człowieku. To jakie ma serce i duszę, nie dało się ich oszukać. Zastanowiłam się przez dłuższą chwilę. Próbowałam z całych sił przypomnieć sobie jak wyglądały jego oczy.
- Nie pamiętam- odpowiedziałam zrezygnowana. To normalne. Przecież zamieniłam z nim raptem trzy zdania. Nie wpatrywałam się w niego jak w obrazek.- Pójdę się umyć- powiedziałam wstając i idąc po piżamę.
- Już śpisz?- zdziwiła się mama zaglądając do mnie do pokoju, gdy zauważyła, że leżę już w łóżku. Wykąpałam się i właśnie skończyłam czytać książkę.- Kolorowych snów.- powiedziała mama dając mi buziaka w czoło.
- Dobranoc- pożegnałam się. Miałam nadzieję, że tym razem będą kolorowe... Usnęłam. Ogarnęła mnie ciemność. Nic nie pamiętałam. Wyrwałam się z niej wpół do dziewiątej rano wyspana jak nigdy dotąd. Cieszyłam się, że jest dopiero niedziela i może do jutra Julia zapomni o tej fatalnej imprezie i nie będzie się ze mnie śmiała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz